|
czwartek, 11 lutego 2010
Szmal dobry szmal zły
Dzisiejsza notka sponsorowana jest przez ten link: http://demotywatory.pl/817579/Szmal Nie możemy narzekać na nasze reprezentacyjne drużyny w grach zespołowych. Jeszcze nie zdążyliśmy ochłonąć po niedawnym sukcesie piłkarzy ręcznych (na pewno byłby jeszcze bardziej spektakularny, gdyby nie stronniczość norweskich sędziów, ale to już temat na inną opowieść), siatkarze są mistrzami Starego Kontynentu w swojej dyscyplinie, wielki szacunek i słowa uznania należą się też koszykarzom, którzy walczyli do samego końca w mistrzostwach, które miały niedawno miejsce w naszym kraju. Jednakże żadna z tych dyscyplin nie cieszy się takim zainteresowaniem wśród kibiców jak piłka nożna. Zastanawiający może być fakt, czemu wszyscy tak bardzo ekscytują się właśnie tą dyscypliną sportową, kiedy nie oszukując się, nie odnosimy na tym polu żadnych, choćby najmniejszych sukcesów. To duże zainteresowanie „kopaną” w Polsce tłumaczy wiele czynników, które kiedyś chciałbym w jednej z notek przedstawić. Tym razem wolę skupić się na tym, co nie pozwala cieszyć się naszym piłkarzom ze zdobywania upragnionych laurów. Ktoś mógłby powiedzieć, że brakuje im ambicji- nie to jednak jest kluczem, mamy naprawdę sporo ambitnych zawodników, którzy swoim zapałem pokazują, że chęć do gry jest. Jeszcze inna osoba, stwierdzi, że u nas nie ma utalentowanych młodzików. Bzdura- czym różni się młodzik z Hiszpanii dopiero zaczynający przygodę z footballem od swojego rówieśnika z Polski? Na pewno żaden z nich nie jest obdarowany szczególnym genem, którego ekspresja (nie mogłem się powstrzymać od profesjonalnego stwierdzenia:)) uczyni go nieziemskim talentem. Można by doszukiwać się błędów w szkoleniu, na co uwagę zwracały już znane zagraniczne osobistości. Argument ten można zripostować podając przykład szkółki piłkarskiej w Szamotułach, gdzie drzwi do sukcesu otworzyły się między innymi przed Łukaszem Fabiańskim (obecnie grającym w Arsenalu Londyn- czołowej drużynie z ligi angielskiej). No dobrze, to gdzie zatem leży ten problem? Jako, że bardzo interesuje się piłką nożną mogę na podstawie swoich informacji i obserwacji przypuszczać, że problem leży w mentalności. Młody chłopak, który zaczyna swoją przygodę z profesjonalnym footballem zarabia naprawdę niemałe pieniądze, jest to kwota wynosząca od kilku tysięcy za tydzień. Bardzo często taki człowiek jest demoralizowany przez fakt otrzymywania takiego wynagrodzenia. Można by podać kilka przykładów, jak rozpoczynający karierę piłkarz już na samym początku wpada w nałogi typu hazard, zaraz zaczynają się imprezy, alkohol, jednym słowem uderza do głowy popularna „sodówka”. Potem oczywiście zaniedbywane są treningi, forma zaczyna spadać, a ze świetnie zapowiadającego się talentu zostaje tylko niespełnione marzenie i temat dla tabloidów. Kolejnym problemem jest to, że gdy tylko w Polsce znajdzie się ktoś, kto rokuje nadzieje na przyszłość, od razu jest sprzedawany za granicę. W ten sposób nie doczekamy nigdy utrzymania dobrego poziomu w naszej rodzimej piłce. Pół biedy, jeśli gracz wyjeżdża i jest ważnym ogniwem drużyny w której gra. Przeważnie polscy zawodnicy wyjeżdżają i siedzą na ławce rezerwowych. Wpuszczani są na ostatnie minuty, gdy wynik jest już przesądzony i ich obecność wynika jedynie z tego, by gracz z pierwszego składu nie doznał przypadkiem kontuzji. Bardzo ubolewam nad tą sytuacją, gdyż w taki oto sposób bardzo wielu świetnych piłkarzy wypadło na długi czas z formy niejednokrotnie już do niej nie wracając. Szczytem absurdu jest fakt, że dla naszych grajków (przynajmniej w znacznej części) na pierwszym miejscu stoją pieniądze. Zmieniając klub nie liczy się poziom sportowy, szansa rozwoju, lecz kontakt i zagwarantowana w nim pokaźna suma, a czy potem będzie ów delikwent łapał się choćby na ławkę rezerwowych jest nieistotne. Na deser, a raczej na gwóźdź do tej trumny zwanej polską piłką nożną trzeba dodać ciągłe problemy z korupcją. Borykamy się z nimi cały czas, a żadna nowa władza w Pzpn nie jest w stanie uporać się z tym koszmarem. Zaczyna się on już od najniższych klas rozgrywkowych, nie jest to zjawisko spotykane jedynie na samym szczeblu rozgrywek. Do sprzedawania meczy przyznają się piłkarze. I jak tu może zaistnieć normalna rywalizacja kiedy spotkanie jest już ustawione? Mam nadzieję, że choć trochę przybliżyłem szczególnie tym, którzy nie bardzo interesują się tym sportem stan w jakim znajduje się on w obecnej chwili w naszym kraju, wnioski nasuwają się same. Życzmy jednak zawsze powodzenia naszym reprezentantom i wspierajmy ich w każdej chwili, szczególnie tych, którzy wyłamują się ze stereotypów polskiej piłki.
sobota, 23 stycznia 2010
Co myślicie o tym?
Notka z dzisiejszego dnia oparta jest na refleksjach wywołanych materiałem filmowym, który miałem okazję obejrzeć w ostatnim czasie. By lepiej oddać istotę tego, cóż jest na rzeczy, cofnę się do początku swoich studiów. Wydaje mi się, że chyba wszyscy ludzie wiedzą od czego, a dokładniej od jakiego przedmiotu zaczyna się przygoda młodego adepta sztuki lekarskiej. Sam często byłem pytany przez znajomych o wrażenia z zajęć anatomii. Już dla samych studentów medycyny pierwsze wejście do prosektorium wiąże się z silnymi wrażeniami i nierzadko ze stresem. Każdy zastanawia się, jak zareaguje na widok martwego ciała. Wspomniane przeze mnie miejsce owiane jest swojego rodzaju tajemnicą, niedostępną zwykłemu zjadaczowi chleba. Fakt ten niepodważalnie potwierdzają przeróżne opowieści wysnuwane przez ludzi, często dosyć podkolorowane. Profesor Jędrzejewski na pierwszym wykładzie z anatomii już na samym początku wyraża swój szacunek dla zwłok, które służą nam za obiekt naukowy. Na pierwszym wykładzie profesora Ciszka całe audytorium na stojąco minutą ciszy okazuje poszanowanie dla tych, którzy poświęcili się, aby studenci mogli się prawidłowo uczyć. Opiszę jeszcze jedną historię, która jeśli nie myli mnie pamięć miała miejsce na uczelni medycznej we Wrocławiu. Otóż był tam problem z preparatami (dla niewtajemniczonych ze zwłokami)- było ich bardzo mało, niewystarczająco na potrzeby dydaktyczne. W związku z tym pewien umierający człowiek postanowił, że po swojej śmierci odda swoje ciało w celu kształcenia przyszłych lekarzy, z tym jednak zastrzeżeniem, iż tylko na określony okres czasu, po czym ma zostać pochowany. Gdy nastąpiła chwila pogrzebu, na cmentarzu pojawiła się naprawdę spora grupa studentów, którzy uczyli się na tym zmarłym anatomii. Tymi słowami chciałem udowodnić, że zarówno my, studenci (nie wspominając już o naszych nauczycielach) bardzo godnie i z szacunkiem podchodzimy do ludzkich zwłok. No dobrze, to teraz jest czas na zaprezentowanie materiału filmowego wspomnianego na samym początku. Oto link: http://www.youtube.com/watch?v=pF8nEjia2jc&feature=related Klip ten częściowo powstał w prosektorium mojej uczelni. „Występują” w nim ciała, na których się uczyliśmy i jedynie do tego celu są one przeznaczone. Nie wiem, czy którykolwiek z tych zmarłych życzyłby sobie, aby jego ciało służyło za „eksponat” w teledysku metalowej grupy. Uderzające jest również to, że na stole, gdzie zawsze oglądaliśmy preparaty, leży naga kobieta. Karygodne jest wyjęcie kanapki w tym miejscu, więc cóż powiedzieć o tej scenie? Ktoś mógłby postawić tezę, że jest to sztuka, a przedstawiany obraz ma coś przekazać. W takim razie, proszę o podanie choćby namiastki głębszego sensu tego klipu (wyłączam oczywiście, przekaz w stylu, że wszystkich czeka śmierć). Czytając komentarze pod tym „dziełem”, mam wrażenie, że ludziom podoba się po prostu klimat. Ale jak daleko można się posunąć, aby zadowolić odbiorców? W Stanach Zjednoczonych wybuchł spory skandal, gdy do jednej z gier komputerowych zeskanowano twarz nieboszczyka. Zrozumiałe jest poruszenie tym faktem. Czy przedstawiana przeze mnie sytuacja nie jest w pewnym sensie analogiczna? Nie wiem kto odpowiada za to, że ludzie z tego zespołu nakręcili ten filmik w naszym prosektorium, aczkolwiek kłóci się to chyba z etyką, którą powinien kierować się każdy człowiek.
czwartek, 14 stycznia 2010
Co ciekawego dziś na giełdzie?
Witam serdecznie po trwającej chyba wieki przerwie w pisaniu. Jestem bardzo rad z tego, iż w końcu zdołałem się pozbierać i zamieścić coś nowego na swoim blogu. Zapraszam wszystkich do lektury. Dzisiejszy temat związany jest z zaskakującą nas co roku jak zima sesją. Nie jedna osoba rozpoczęła już gorączkowe przygotowania do zimowych egzaminów. Oczywiste jest, że w ramach owych przygotowań każdy próbuje przyswoić sobie jak największą wiedzę z danego przedmiotu. Poza tym można pomóc sobie w inny sposób, każdy student wie chyba, czym jest giełda, a szczególnie dobrze wiedzą to na Uniwersytecie Medycznym w Łodzi. Zdawałoby się, że poświęcanie na ten temat osobnej notki pozbawione jest sensu. Ja jednak myślę inaczej i chcę opisać coś, co naprawdę mnie niepokoi. Dla nie wtajemniczonych, giełda to zbiór pytań, które pojawiły się już kiedyś na egzaminie i istnieje pewne prawdopodobieństwo, że mogą w pewnym stopniu powtórzyć się po raz kolejny. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby korzystano z niej w sposób właściwy. Zauważyłem, że ludzie dążąc do ułatwienia sobie pracy opierają swoją wiedzę jedynie na tym, co może się powtórzyć. Te kilka skserowanych kartek z zapisem pytań z ubiegłych lat urasta niemalże do boskiej rangi. Studenci często uczą się tylko pod kątem tego, co już pojawiło się na egzaminie starszych roczników. Przestaje liczyć się wiedza wyniesiona z zajęć, bądź to, czego można nauczyć się z podręczników, nie mówiąc już o podjęciu próby zrozumienia pewnych procesów. Sam fakt zaliczenia staje się najważniejszy, na drugi bądź dalszy plan schodzi idea efektywnego opanowania materiału i umiejętnego wykorzystania go w dalszym procesie kształcenia. Rozmawiając z kolegami na temat kolokwiów, egzaminów etc, zawsze musi paść pytanie o istnienie giełdy, jakby ona determinowała proces uczenia. Jeżeli jej nie ma, zaczyna się panika. No dobrze, to były takie idealistyczne teorie, teraz przykład. Każdy chyba wie, przynajmniej ze słyszenia, jaki jest poziom trudności na studiach medycznych. Niemniej jednak, wiedza którą tu zdobywamy jest niezbędna do dobrego rozumienia zasad funkcjonowania ludzkiego ciała i mogących zaistnieć w nim patologii. Znając dobrze patomorfologie, będziemy w stanie łatwo zrozumieć patomechanizm chorób. Smutne jest to, że istnieją osoby, które zamiast przyswoić sobie wiedzę z tych przykładowych przedmiotów, przyswajają sobie tylko pytania, jakie mogą się pojawić. Jeszcze smutniejsze jest to, że często ilość pytań powtórzy się na tyle, że ów delikwent „prześliźnie się” i zaliczy na tą trójkę, po czym chodzi dumny, że dzięki swojemu sprytowi zdał. Co lepsze spotkałem się z opinią, że robiąc jedynie giełdę można się naprawdę bardzo dużo nauczyć. Ktoś powie, że to jest życiowe cwaniactwo, a ja wypisuje tutaj głupoty i czepiam się bez sensu. No tak, ale niech każdy odpowie sobie na pytanie, czy chce być leczonym przez lekarza, który przez studia nie zajrzał do zalecanego podręcznika, a cała wiedza opiera się na wyuczeniu odpowiedzi z testu na pamięć. No i teraz wnioski. Absolutnie nie krytykuję w tej notce giełdy samej w sobie, bo przyznaje się, że zdarzy mi się też ją przerobić ,(robię to jedynie w momencie, gdy opanowałem według mojego mniemania materiał w stu procentach) jednakże celuję tu w głupotę ludzką, która nadaje giełdzie prymat we wszystkim, stawia za jedyne źródło wiedzy z danego przedmiotu i każe przejść przez studia w jak najłatwiejszy sposób, najlepiej nie ucząc się niczego, byle dostać ten upragniony dyplom ich ukończenia, a to czy potem będzie się dobrym w danej dziedzinie nie jest istotne.
środa, 30 września 2009
Podziękowania
No i nieuchronnie nastąpił koniec wakacji. Niektórzy rozpoczęli już rok akademicki, inni przeżywają ostatnie dni wolności. Tą bardzo osobistą notką chcę wyrazić wdzięczność tym wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób wspierali mnie duchowo w trakcie próby przenoszenia. Mimo że poczekam z tym jeszcze do następnego roku, nie odbieram tego doświadczenia jako porażki. No dobra, ale do sedna. W Pierwszej kolejności pragnę podziękować mojej ukochanej Donince, która cały czas mnie wspierała i czyni to nadal nieustannie. Nawet w najtrudniejszych chwilach tylko dzięki Niej nie rezygnowałem i cały czas walczyłem. Nikt nie był chyba tak zaangażowany jak Ona. Wyrazy uznania należą się też moim rodzicom, którzy stanęli na wysokości zadania i jak nigdy wcześniej robili, co tylko mogli, aby sprawa się powiodła. Dali mi w ten sposób do zrozumienia, że stoją za mną murem w każdej sytuacji. Kolejne ważne osoby, to rodzice Doninki, którzy również bardzo żywo interesowali się przebiegiem tego procesu, dzieląc się swoimi przemyśleniami i radami. Dziękuję również siostrze za okazywanie wsparcia, oraz każdej osobie, która dobrym słowem dała mi wyraz swojego poparcia (szczególnie podobały mi się słowa Miety), wszystkim, którzy wysyłali smsy z zapytaniem, jak się sprawy mają, oraz każdą dobrą myśl. Było to dla mnie naprawdę bardzo ważne. Z całego serca wszystkim Wam dziękuję.
Galerianki- recenzja filmu
Trochę nie z własnej woli, lecz również trochę z chęcią i ciekawością miałem okazję obejrzeć debiutancką produkcję Katarzyny Rosłaniec. Uważam, że film ten godny jest tego, by poświęcić mu kilka słów komentarza, między innymi dlatego, że dotyczy on zjawiska bardzo popularnego, z którego nie wszyscy, szczególnie starsi zdają sobie sprawę. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to wręcz wzorowe ukazanie życia w przeciętnym gimnazjum. Idealnie przedstawiono zachowania młodzieży, która przechodzi właśnie okres dojrzewania. Jest więc agresja, bunt, prowokacja, poniżanie innych. Szkoła jawi się jako miejsce, gdzie zamiast nauki i rozwoju, zachodzi degeneracja moralna uczniów. Reżyserka ujawnia jednak, co tak naprawdę jest siedliskiem wszelkich zachowań, szczególnie tych rażących- mianowicie własny dom rodzinny. Kto jeszcze nie wie, bądź nie rozumie, czemu młode dziewczynki szukają i prowokują wyglądem często dużo starszych od siebie mężczyzn, po obejrzeniu filmu nie będzie miał żadnych złudzeń. Niezwykle realistycznie i bardzo poruszająco ukazano sceny, w których dochodzi do fizycznego kontaktu. Widz wręcz czuje to, co przeżywają te dziewczęta. W filmie występują również liczne symbole i gry słowne, a samo zakończenie według mnie również jest swojego rodzaju symbolem. Niestety jednak jest kilka wad i to dosyć poważnych. Po pierwsze, oglądając film, ma się wrażenie, że czegoś w nim brakuje. Wydaje się, że trwa on bardzo krótko. Powiedziałbym nawet, że niektóre sceny są ze sobą za mało spójne. Ogromnym minusem jest również dla mnie wyrażenie swoich opinii politycznych. W jednej ze scenerii znajduje się (choć słabo widoczny) napis: "jebać Pis". Jest to wręcz karygodny błąd. W filmie, który polityki pośrednio, ani bezpośrednio nie dotyczy nie powinno coś takiego wystąpić. Każdy ma prawo do poglądów i ich wyrażania, ale w odpowiedni sposób. Wyobraźmy sobie taksówki przyozdobione podobnymi napisami. Miałem również wrażenie, że film zakończył się nagle i kiedy czeka się na dalszy rozwój wydarzeń, okazuje się, że to już koniec. Ogólnie oceniam pozycję jako dobrą, gdyż wreszcie ktoś odważył się pokazać niebezpieczeństwo, jakie niesie za sobą wiek dojrzewania w szczególności, gdy rodzice wydają się być na poziomie emocjonalnym swoich dzieci.
sobota, 26 września 2009
Propedeutyka onkologii
Centrum onkologii w Warszawie znajduje się przy ulicy Roentgena, niedaleko od trasy na Piaseczno. Wśród nowych, barwnych, niedawno oddanych mieszkań od developera nietrudno jest dostrzec ogromne dwa budynki w bliżej niezdefiniowanym kolorze. Coś w rodzaju brązu i beżu współgrając ze sobą destrukcyjnie i przygnębiająco wita przybywających tu zewsząd ludzi. W środku jest nieznacznie lepiej. Czyste korytarze choć trochę poprawiają nastrój podczas przechadzki po tym ciemnym miejscu. Wśród gąszczu obecnych tu osób wyróżnić można postacie wydające się być swoimi cieniami. Ich blade oblicza przyozdobione są mętnymi, szukającymi nadziei oczami, na głowach okrytych chustkami maskującymi wypadające włosy. Oddziały, gdzie są leczeni chorzy nie prezentują się lepiej niż reszta szpitala. Nie uwolnione są od ponurych barw. W sali leży po kilka osób. Znają historie swoich chorób, razem dźwigają krzyż, który na ich barki położył Pan. Każdy ma na stojaku przy łóżku porcję leków mających powstrzymać tą wyniszczającą chorobę, jaką jest rak. Przy łóżkach znajdują się również bardzo często miski. Pacjenci wymiotują, są osłabieni, szukają wsparcia i ulgi w bolesnym procesie leczenia. Mimo tych trudów, są szczęściarzami- dostąpili łaski w postaci zdiagnozowania swojej dolegliwości w porę, gdy ich organizm nie jest w pełni zniszczony i jest jeszcze możliwość zatrzymania procesu chorobowego. Przechodząc przez parter centrum można natknąć się na nieskończony tłum czekających na konsultacje lekarską. Ludzie siedzą na każdym wolnym kawałku. Przyjechali tu i nierzadko z odległych od Warszawy miejsc. Z głośników słychać nazwiska pacjentów, którzy są proszeni do gabinetu. Żeby dostać się do lekarza trzeba czekać długo, może niekiedy i całą noc. Najważniejsze, żeby zdążyć przed rozwojem choroby. Obraz taki wywołuje negatywne i pełne depresji odczucia u osób, które nie przyjechały tu w roli pacjentów. Ciężko zatem wyobrazić sobie, co czyją pacjenci. Na parterze umiejscowione są pracownie diagnostyczne. Tutaj robi się zdjęcia RTG tomografie, rezonanse. Każdy czeka na swoją kolejkę, na wywołanie nazwiska. W głowach oczekujących na wejście toczy się nieustanna bitwa, co tym razem pokaże badanie. Czy choroba ustępuje, czy jest choć odrobinę lepiej? A może jest coraz gorzej? W kolejce oprócz posępnych twarzy znaleźć można wyjątkowe i jakże cudowne zjawiska postaw ludzi dotkniętych rakiem. Starsza Pani opowiada o swojej sytuacji. Guz w szyi uciska tętnicę szyjną. Krew nie dopływa do mózgu. Przerzuty są już w płucach. Lekarze nie dają większych nadziei. Mimo wszystko operują. Guz usunięto, chemia dała rezultat. Już 2 lata choroba jest zatrzymana. Pani cieszy się każdym dniem, uśmiech gości na jej twarzy, z radością opowiada o kolejnym wnuku, który ma się narodzić. Ten będzie już dwunasty. Swoją postawą wlewa radość i otuchę w serca innych chorych. Dodaje sił do walki. Nawet młody chłopak widząc Ją nie może wyjść z podziwu. Pytanie o sens życia przychodzi samo. Gdzie taka pasja u mnie? Czy naprawdę jedynie na myśl o zdobywaniu pieniędzy moje serce bije szybciej? Gdzie ten entuzjazm, taki jak u tej kobiety? Przystań, zwolnij bieg i przemyśl, co tak naprawdę jest ważne w życiu? Notkę tę poświęcam wszystkim Tym, którzy walczą z tą ciężką chorobą, jak również Tym, którzy stracili w tej walce życie, szczególnie moim ukochanym babciom.
środa, 05 sierpnia 2009
Canon mody
Niestety mój plan o częstszym pisaniu spalił na panewce dlatego postanowiłem, że będę publikował coś nowego przynajmniej raz w miesiącu, żeby trzymać się jako takiego szeroko pojętego porządku:). Teraz koniec tego rozgrzeszania i przechodzę do sedna. Tytuł notki sugeruje, że dzisiaj rzecz tyczyć się będzie dwóch spraw, może na pierwszy rzut oka nie powiązanych ze sobą, bo niby jak tu powiązać aparaty firmy Canon i modę? Chyba tylko poprzez fotografowanie modelek na wybiegu. Nie chodzi mi jednak w tym wypadku o uwiecznianie twórczości projektantów, ale o zjawisko, które spotyka się coraz częściej. Zauważyłem ostatnio wzrost zainteresowania fotografią. Wiele osób zapytanych o hobby, śmiało odpowiada, że właśnie robienie zdjęć interesuje je najbardziej ze wszystkich dobrodziejstw, którymi raczy nas Pan Bóg. Absolutnie nie widzę w tym nic złego, bo wielu z nas lubi zachować pewne momenty ze swojego życia poprzez "cyknięcie fotki". Zastanawiający jednak wydaje się fakt, że coraz większa liczba ludzi staje się, że tak napiszę "profesjonalnymi fotografami". Ostatnio spotkałem znajomego, gdy rozmowa zeszła na tematy związane z naszymi zainteresowaniami, on zaczął mi opowiadać o milionach różnych rodzajów canonów, olympusów i Bóg wie, czego jeszcze. Z miną niemalże wykwintnego znawcy roztaczał przede mną teorie robienia zdjęć i posługiwania się zawodowym sprzętem. Gdybym takie zachowanie zaobserwował u jednej osoby, to nic nie byłoby w stanie zmusić mnie do opisania takowej sytuacji. Niestety, podobne zachowania wykazują inni moi znajomi, a z relacji różnych osób słyszę, że to zjawisko na szerszą skalę. Jak już napisałem, zdarzyło się, że i kolejny znajomy chwalił się swoim sprzętem do robienia zdjęć a towarzyszyło temu, jak to moja Doninka określa "namaszczenie", jak gdyby co najmniej opowiadał o tym, że trafił do Raju. Używał przy tym specjalistycznego dla tej branży słownictwa chcąc chyba wzbudzić szacunek. Często widzę też jak jakiś młody człowiek chodzi z torbą z napisem olympus, albo jakiejś innej firmy i z uporem maniaka robi zdjęcia wszystkiemu, co się rusza (chociaż i temu co się nie rusza również). Dziwi mnie też fakt, że ci wszyscy fotografowie zaczęli wyrastać nagle, jak grzyby po deszczu. Jak na lekarstwo jest osób, które rzeczywiście od dawna, żargonowo mówiąc, "siedzą w tym temacie". Wcześniej nikt się tym nie interesował w tak "profesjonalny" sposób. No cóż, przeżyliśmy jako dzieci wymienianie karteczkami, przeżyliśmy kapsle, pokemony, przeżyjemy i profesjonalną fotografikę:).
niedziela, 12 lipca 2009
"Jolka, Jolka, czy pamiętasz (...)"
Wakacje trwają, a mi udzieliło się lenistwo i zaniedbałem pisanie bloga. Mam nadzieję prowadzić go teraz regularnie, bez dłuższych przerw. Dzisiejszą notkę poświęcę tytułowej Jolce, choć nie chodzi o tą samą postać z tej wspaniałej piosenki Budki Suflera. Skupię się na Jolancie Kwaśniewskiej i spekulacjami na temat jej ewentualnego startu w wyborach prezydenckich, o czym ostatnio donosiły media. Pierwszą reakcją na tę wieść mógłby być lekki szok. Kobieta, która w polityce nie odegrała żadnej roli, poza byciem żoną Prezydenta wszystkich Polaków ubiega się o najwyższy urząd w naszym kraju. Po głębszym zastanowieniu się, nie budzi to większej niespodzianki. A dlaczego? Proszę bardzo, oto wyjaśnienie. Pani Jolanta zdążyła zbudować swój wydawałoby się bardzo pozytywny wizerunek. Ukończyła prawo na Uniwersytecie Gdańskim, co już w pewnym sensie budzi pewien szacunek. Dała poznać się jako troskliwa żona. dbająca o męża i broniąca go jak lwica młode gdy tylko spływała na niego fala krytyki. Od dłuższego czasu można oglądać ją w telewizji, gdzie udziela porad na temat mody, dobrych manier, uchodząc za wzór elegancji, wykwintnego gustu i nienagannego stylu. Zaangażowana jest w prowadzenie fundacji dobroczynnej "Porozumienie bez barier", ale warto również napisać, że utworzyła Fundusz Pomocy Młodym Talentom, oraz uczestniczyła w spotkaniu komitetu doradczego ONZ powołanego ds. zapobiegania narkomanii. Każdy pamięta, że z tymi fundacjami wynikło trochę niejasności odnośnie pozyskiwania środków, ale przeciętny Polak wydaje się tym nie interesować i nie wnikać w to. Tak więc postać byłej Pierwszej Damy jawi się nam wręcz kryształowo, a ten brak doświadczenia na scenie politycznej pięknie kompensowany jest przez "szlachetność" opisywanej. Zresztą jak wiadomo mało kto patrzy na to doświadczenie przy wyborze swojego kandydata. Dodatkowo wszystko upiększane jest przez opinie polityków lewicy, że ta Jolanta Kwaśniewska chce trzymać się daleko od brudnej polskiej sceny politycznej i pragnie poświęcić się działalności na rzecz społeczeństwa- chyba lepszej reklamy być nie może. Dodatkowym argumentem przemawiającym za możliwością startu przez opisywaną jest to, że upadająca lewica miałaby kogoś kto mógłby ją znowu przywrócić do łask. Media już teraz podały, że obecny szef rządu nie miałby w tej sytuacji szans na wygraną w wyborach prezydenckich, a więc "Donaldu Tusku" drżyj, bo "kto mieczem wojuje, od miecza ginie", a pr w przypadku pani Joli jest naprawdę potężną bronią. Pisząc notkę wspierałem się dobrą ciocią wikipedią, aby bezbłędnie opisać postać Jolanty Kwaśniewskiejj.
piątek, 15 maja 2009
"Zrób kabaret, po prostu zrób kabaret"
Po dłuższej przerwie wracam znowu do pisania. Jak można się domyśleć z tytułu, dzisiejsza porcja przemyśleń dotyczyć będzie tej popularnej formy rozrywki. Nie należy ona do moich ulubionych, ale niemniej jednak chcąc nie chcąc, musiałem obejrzeć kilka skeczy na podstawie których wyrobiłem sobie opinię o tego typu formie sztuki. Bardzo często wystawiane są scenki, które parodiują polityków i nie widzę w tym nic złego, bo są to osoby publiczne i muszą się liczyć z krytyką, sczególnie dlatego, że to oni rządzą krajem i mają wpływ na obecną sytuację w Polsce. Nie możnaby się tu do niczego doczepić, poza tym, że wszystkie kabarety zaczynają być w tej materii zbyt monotonne. Ja rozumiem, że można nie lubić Pisu, Kaczyńskich, Kurskich, Giertychów i innych, ale ile można się z nich śmiać i to jeszcze w bardzo prymitywny sposób? Według mojej opini w dzisiejszych czasach najprostszy sposób żeby zrobić show to w miarę wyrafinowany sposób zażartować z wyżej wspomniaych braci, oraz byłej kolalicji rządzącej. Jeżeli dany zespół nie ma już kompletnie pomysłów, to dorzuci tam postać ojca Rydzyka. Zbulwesrowany byłem bardzo w momencie, kiedy oglądając jakąś "bitwę" kabaretów wygrali ludzie, którzy wręcz prostacko realizowali wspomniany przeze mnie scenariusz. Ich "rywalami" byli chłopaki z Łowców.b, którzy według mnie naprawdę robią świetne pokazy, które nawet mnie potrafią rozbawić (dotychczas żadnej innej ekipie się to nie udało). Widać, że bawią się na scenie razem z publiką i daje im to radość, ale widocznie jury mieli inne zdanie. Warto też zadać pytanie, dlaczego nikt nie chce poświęcić czasu obecnemu rządowi w swoich żartach? Przecież każdy popełnia błędy i jest to rzecz ludzka, a Tusk i reszta mają już na swoim koncie trochę "wpadek". Czy to jest temat tabu z którego żartów nie ma? A może po prostu komuś nie pasuje żartować w ten sposób? Rozbawiłem się wczoraj oglądając jakiś skecz na Tvnie, w którym "na warsztat" poszły przyszłe losy stolicy. Ani razu nie padło tam słowo prezydent, które zastąpiono "synonimicznym" sołtysem, byleby (w moim mniemaniu) nikt nie skojarzył tej farsy z obecną panią prezydent Warszawy i nie pomyslał, że to za jej kadencji takie cyrki odchodzą. Jedno co mnie cieszy, to fakt, że ludzi przestaje już śmieszyć taka szopka, co świadczy o tym, że Polacy jednak myślą. Żarty z Kaczyńskich nie wywołują już salw śmiechu na sali wbrew woli grających. Jeżeli kabaret posuwa się do czegoś takiego, dla mnie jest to równoznaczne z pójściem na łatwiznę. Jeśli porównać to do sytuacji np w muzyce, to podobne jest to zespołowi Feel, który chce grać łatwo, szybko i żeby z tego kasa była. Całe szczęście, że ten marny skład powoli kończy już swoją medialną żywotność, z czego zresztą sami zdają sobie sprawę i chcą wydoić jeszcze jak najwięcej pieniędzy. Taka sama przyszłość czeka i te kabarety, które nie zamierzają się wysilać i osiadają jedynie na mieliźnie tandety, bo nie wiem czy za kilkadziesiąt lat ktoś będzie pamiętał, że u władzy był ktoś taki jak Kaczyński, a tym bardziej jeszcze śmiał się z tego.
poniedziałek, 13 kwietnia 2009
Brać czy nie brać?
Tym razem na blogowy warsztat biorę temat związany z moją przyszłą pracą, a myślę, że dosyć ciekawy i warty dyskusji. Niedawno na naszym forum studenckim pojawił się wątek, czy lekarz powinien przyjmować jakiekolwiek podarunki od swoich pacjentów? Teoria brzmi, że słowne podziękowanie wystarczy, a wręcz zabronione jest honorowanie medyka w żaden sposób. Patrząc jednak na problem z psychologicznej strony, wydaje się oczywistym, że człowiek czuje ogromną wdzięczność, gdy zostanie mu poświęcony czas i zaangażowanie doktora, tym bardziej, że chodzi o sprawę nadrzędną, czyli ludzkie zdrowie. Jest rzeczą naturalną dziękować sobie za okazane dobro. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, gdy kolega pomoże nam w trudnej sytuacji, więc normalne, że chcemy mu podziękować wręczając jakiś skromny upominek. Często odmowa przyjęcia daru jest traktowana jako brak szacunku i budzi rozgoryczenie darującego. Tylko przenosząc sytuację na realia medycyny, nasuwa się pytanie, gdzie kończy się ta wdzięczność, a zaczyna próba zyskania jak największego zaangażowania ze strony doktora? Jak już napisałem wcześniej, lekarz z założenia nie może przyjmować czegokolwiek, ale w takim wypadku i księża również nie powinni niczego dostawać w podzięce za posługę od swych parafian, a przecież czyni się to w Wielki Czwartek (najczęściej kwiatami), kiedy to duchowni obchodzą dzień ustanowienia kapłaństwa i próżno tu doszukiwać się jakiegoś zła. Wydaje się, że jeżeli już ktoś chce podziękować, to winien zrobić to, kiedy proces leczenia jest już całkowicie zakończony. Jeżeli próba taka wystąpi podczas jego trwania, to jest już łapówka. Oczywiste jest, że lekarz swoim zachowaniem może dać do zrozumienia, że oczekuje zapłaty w ramach zwiększenia intensywności opieki, ale jest to patologia, jaka przydarza się w tym zawodzie, a w nią nie chcę się w tej chwili wgłębiać. W takim układzie jaki "prezent" przyjąć? Wiadomo, że żadne pieniądze nie wchodzą w grę. Najbardziej popularną formą wyrazu wdzięczności są kwiaty. Nie ma tu chyba niczego złego, jeżeli i lekarz dostanie kwiaty w ramach podzięki, ich odpowiednikiem w przypadku dzieci są laurki, którymi często są obdarowywani pediatrzy. Czasem ludzie przynoszą jajka, sery- jeżeli na przykład mają gospodarstwa rolne, pieką ciasto, dają bombonierkę. I tu już powoli zaczyna powstawać nowy problem, a mianowicie co z wartością prezentu? Wiadomo, że bombonierka bombonierce nie równa. Są takie za 10 zł i 200, a co w wypadku, gdy podarunkiem jest pióro za 500 zł, albo gdy dostajemy książkę, czy wspomniane kwiaty, a w środku znajduje się koperta z pokaźną sumką? Wydaje się, że tu wszystko zależy od charakteru lekarza, który musi rozpoznać, który prezent jest naparwde wyrazem czystej, ludzkiej wdzięczności, a który jest łapówką, bo są sytuacje, kiedy ludzie po prostu myślą, że trzeba dać coś więcej, mimo tego, że lekarz wcale nie miał złych zamiarów, nie dawał sygnałów wymuszających opłacenie swojego obowiązku i traktuje pacjenta tak jak powinien. W ten sposób kończę rozważania na pytanie postawione w temacie. Zapraszam do dyskusji, bo na pewno każdy ma na tę sprawę swój pogląd.
|
Zakładki:
Blogi
|