|
środa, 30 września 2009
Podziękowania
No i nieuchronnie nastąpił koniec wakacji. Niektórzy rozpoczęli już rok akademicki, inni przeżywają ostatnie dni wolności. Tą bardzo osobistą notką chcę wyrazić wdzięczność tym wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób wspierali mnie duchowo w trakcie próby przenoszenia. Mimo że poczekam z tym jeszcze do następnego roku, nie odbieram tego doświadczenia jako porażki. No dobra, ale do sedna. W Pierwszej kolejności pragnę podziękować mojej ukochanej Donince, która cały czas mnie wspierała i czyni to nadal nieustannie. Nawet w najtrudniejszych chwilach tylko dzięki Niej nie rezygnowałem i cały czas walczyłem. Nikt nie był chyba tak zaangażowany jak Ona. Wyrazy uznania należą się też moim rodzicom, którzy stanęli na wysokości zadania i jak nigdy wcześniej robili, co tylko mogli, aby sprawa się powiodła. Dali mi w ten sposób do zrozumienia, że stoją za mną murem w każdej sytuacji. Kolejne ważne osoby, to rodzice Doninki, którzy również bardzo żywo interesowali się przebiegiem tego procesu, dzieląc się swoimi przemyśleniami i radami. Dziękuję również siostrze za okazywanie wsparcia, oraz każdej osobie, która dobrym słowem dała mi wyraz swojego poparcia (szczególnie podobały mi się słowa Miety), wszystkim, którzy wysyłali smsy z zapytaniem, jak się sprawy mają, oraz każdą dobrą myśl. Było to dla mnie naprawdę bardzo ważne. Z całego serca wszystkim Wam dziękuję.
Galerianki- recenzja filmu
Trochę nie z własnej woli, lecz również trochę z chęcią i ciekawością miałem okazję obejrzeć debiutancką produkcję Katarzyny Rosłaniec. Uważam, że film ten godny jest tego, by poświęcić mu kilka słów komentarza, między innymi dlatego, że dotyczy on zjawiska bardzo popularnego, z którego nie wszyscy, szczególnie starsi zdają sobie sprawę. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to wręcz wzorowe ukazanie życia w przeciętnym gimnazjum. Idealnie przedstawiono zachowania młodzieży, która przechodzi właśnie okres dojrzewania. Jest więc agresja, bunt, prowokacja, poniżanie innych. Szkoła jawi się jako miejsce, gdzie zamiast nauki i rozwoju, zachodzi degeneracja moralna uczniów. Reżyserka ujawnia jednak, co tak naprawdę jest siedliskiem wszelkich zachowań, szczególnie tych rażących- mianowicie własny dom rodzinny. Kto jeszcze nie wie, bądź nie rozumie, czemu młode dziewczynki szukają i prowokują wyglądem często dużo starszych od siebie mężczyzn, po obejrzeniu filmu nie będzie miał żadnych złudzeń. Niezwykle realistycznie i bardzo poruszająco ukazano sceny, w których dochodzi do fizycznego kontaktu. Widz wręcz czuje to, co przeżywają te dziewczęta. W filmie występują również liczne symbole i gry słowne, a samo zakończenie według mnie również jest swojego rodzaju symbolem. Niestety jednak jest kilka wad i to dosyć poważnych. Po pierwsze, oglądając film, ma się wrażenie, że czegoś w nim brakuje. Wydaje się, że trwa on bardzo krótko. Powiedziałbym nawet, że niektóre sceny są ze sobą za mało spójne. Ogromnym minusem jest również dla mnie wyrażenie swoich opinii politycznych. W jednej ze scenerii znajduje się (choć słabo widoczny) napis: "jebać Pis". Jest to wręcz karygodny błąd. W filmie, który polityki pośrednio, ani bezpośrednio nie dotyczy nie powinno coś takiego wystąpić. Każdy ma prawo do poglądów i ich wyrażania, ale w odpowiedni sposób. Wyobraźmy sobie taksówki przyozdobione podobnymi napisami. Miałem również wrażenie, że film zakończył się nagle i kiedy czeka się na dalszy rozwój wydarzeń, okazuje się, że to już koniec. Ogólnie oceniam pozycję jako dobrą, gdyż wreszcie ktoś odważył się pokazać niebezpieczeństwo, jakie niesie za sobą wiek dojrzewania w szczególności, gdy rodzice wydają się być na poziomie emocjonalnym swoich dzieci.
sobota, 26 września 2009
Propedeutyka onkologii
Centrum onkologii w Warszawie znajduje się przy ulicy Roentgena, niedaleko od trasy na Piaseczno. Wśród nowych, barwnych, niedawno oddanych mieszkań od developera nietrudno jest dostrzec ogromne dwa budynki w bliżej niezdefiniowanym kolorze. Coś w rodzaju brązu i beżu współgrając ze sobą destrukcyjnie i przygnębiająco wita przybywających tu zewsząd ludzi. W środku jest nieznacznie lepiej. Czyste korytarze choć trochę poprawiają nastrój podczas przechadzki po tym ciemnym miejscu. Wśród gąszczu obecnych tu osób wyróżnić można postacie wydające się być swoimi cieniami. Ich blade oblicza przyozdobione są mętnymi, szukającymi nadziei oczami, na głowach okrytych chustkami maskującymi wypadające włosy. Oddziały, gdzie są leczeni chorzy nie prezentują się lepiej niż reszta szpitala. Nie uwolnione są od ponurych barw. W sali leży po kilka osób. Znają historie swoich chorób, razem dźwigają krzyż, który na ich barki położył Pan. Każdy ma na stojaku przy łóżku porcję leków mających powstrzymać tą wyniszczającą chorobę, jaką jest rak. Przy łóżkach znajdują się również bardzo często miski. Pacjenci wymiotują, są osłabieni, szukają wsparcia i ulgi w bolesnym procesie leczenia. Mimo tych trudów, są szczęściarzami- dostąpili łaski w postaci zdiagnozowania swojej dolegliwości w porę, gdy ich organizm nie jest w pełni zniszczony i jest jeszcze możliwość zatrzymania procesu chorobowego. Przechodząc przez parter centrum można natknąć się na nieskończony tłum czekających na konsultacje lekarską. Ludzie siedzą na każdym wolnym kawałku. Przyjechali tu i nierzadko z odległych od Warszawy miejsc. Z głośników słychać nazwiska pacjentów, którzy są proszeni do gabinetu. Żeby dostać się do lekarza trzeba czekać długo, może niekiedy i całą noc. Najważniejsze, żeby zdążyć przed rozwojem choroby. Obraz taki wywołuje negatywne i pełne depresji odczucia u osób, które nie przyjechały tu w roli pacjentów. Ciężko zatem wyobrazić sobie, co czyją pacjenci. Na parterze umiejscowione są pracownie diagnostyczne. Tutaj robi się zdjęcia RTG tomografie, rezonanse. Każdy czeka na swoją kolejkę, na wywołanie nazwiska. W głowach oczekujących na wejście toczy się nieustanna bitwa, co tym razem pokaże badanie. Czy choroba ustępuje, czy jest choć odrobinę lepiej? A może jest coraz gorzej? W kolejce oprócz posępnych twarzy znaleźć można wyjątkowe i jakże cudowne zjawiska postaw ludzi dotkniętych rakiem. Starsza Pani opowiada o swojej sytuacji. Guz w szyi uciska tętnicę szyjną. Krew nie dopływa do mózgu. Przerzuty są już w płucach. Lekarze nie dają większych nadziei. Mimo wszystko operują. Guz usunięto, chemia dała rezultat. Już 2 lata choroba jest zatrzymana. Pani cieszy się każdym dniem, uśmiech gości na jej twarzy, z radością opowiada o kolejnym wnuku, który ma się narodzić. Ten będzie już dwunasty. Swoją postawą wlewa radość i otuchę w serca innych chorych. Dodaje sił do walki. Nawet młody chłopak widząc Ją nie może wyjść z podziwu. Pytanie o sens życia przychodzi samo. Gdzie taka pasja u mnie? Czy naprawdę jedynie na myśl o zdobywaniu pieniędzy moje serce bije szybciej? Gdzie ten entuzjazm, taki jak u tej kobiety? Przystań, zwolnij bieg i przemyśl, co tak naprawdę jest ważne w życiu? Notkę tę poświęcam wszystkim Tym, którzy walczą z tą ciężką chorobą, jak również Tym, którzy stracili w tej walce życie, szczególnie moim ukochanym babciom.
środa, 05 sierpnia 2009
Canon mody
Niestety mój plan o częstszym pisaniu spalił na panewce dlatego postanowiłem, że będę publikował coś nowego przynajmniej raz w miesiącu, żeby trzymać się jako takiego szeroko pojętego porządku:). Teraz koniec tego rozgrzeszania i przechodzę do sedna. Tytuł notki sugeruje, że dzisiaj rzecz tyczyć się będzie dwóch spraw, może na pierwszy rzut oka nie powiązanych ze sobą, bo niby jak tu powiązać aparaty firmy Canon i modę? Chyba tylko poprzez fotografowanie modelek na wybiegu. Nie chodzi mi jednak w tym wypadku o uwiecznianie twórczości projektantów, ale o zjawisko, które spotyka się coraz częściej. Zauważyłem ostatnio wzrost zainteresowania fotografią. Wiele osób zapytanych o hobby, śmiało odpowiada, że właśnie robienie zdjęć interesuje je najbardziej ze wszystkich dobrodziejstw, którymi raczy nas Pan Bóg. Absolutnie nie widzę w tym nic złego, bo wielu z nas lubi zachować pewne momenty ze swojego życia poprzez "cyknięcie fotki". Zastanawiający jednak wydaje się fakt, że coraz większa liczba ludzi staje się, że tak napiszę "profesjonalnymi fotografami". Ostatnio spotkałem znajomego, gdy rozmowa zeszła na tematy związane z naszymi zainteresowaniami, on zaczął mi opowiadać o milionach różnych rodzajów canonów, olympusów i Bóg wie, czego jeszcze. Z miną niemalże wykwintnego znawcy roztaczał przede mną teorie robienia zdjęć i posługiwania się zawodowym sprzętem. Gdybym takie zachowanie zaobserwował u jednej osoby, to nic nie byłoby w stanie zmusić mnie do opisania takowej sytuacji. Niestety, podobne zachowania wykazują inni moi znajomi, a z relacji różnych osób słyszę, że to zjawisko na szerszą skalę. Jak już napisałem, zdarzyło się, że i kolejny znajomy chwalił się swoim sprzętem do robienia zdjęć a towarzyszyło temu, jak to moja Doninka określa "namaszczenie", jak gdyby co najmniej opowiadał o tym, że trafił do Raju. Używał przy tym specjalistycznego dla tej branży słownictwa chcąc chyba wzbudzić szacunek. Często widzę też jak jakiś młody człowiek chodzi z torbą z napisem olympus, albo jakiejś innej firmy i z uporem maniaka robi zdjęcia wszystkiemu, co się rusza (chociaż i temu co się nie rusza również). Dziwi mnie też fakt, że ci wszyscy fotografowie zaczęli wyrastać nagle, jak grzyby po deszczu. Jak na lekarstwo jest osób, które rzeczywiście od dawna, żargonowo mówiąc, "siedzą w tym temacie". Wcześniej nikt się tym nie interesował w tak "profesjonalny" sposób. No cóż, przeżyliśmy jako dzieci wymienianie karteczkami, przeżyliśmy kapsle, pokemony, przeżyjemy i profesjonalną fotografikę:).
niedziela, 12 lipca 2009
"Jolka, Jolka, czy pamiętasz (...)"
Wakacje trwają, a mi udzieliło się lenistwo i zaniedbałem pisanie bloga. Mam nadzieję prowadzić go teraz regularnie, bez dłuższych przerw. Dzisiejszą notkę poświęcę tytułowej Jolce, choć nie chodzi o tą samą postać z tej wspaniałej piosenki Budki Suflera. Skupię się na Jolancie Kwaśniewskiej i spekulacjami na temat jej ewentualnego startu w wyborach prezydenckich, o czym ostatnio donosiły media. Pierwszą reakcją na tę wieść mógłby być lekki szok. Kobieta, która w polityce nie odegrała żadnej roli, poza byciem żoną Prezydenta wszystkich Polaków ubiega się o najwyższy urząd w naszym kraju. Po głębszym zastanowieniu się, nie budzi to większej niespodzianki. A dlaczego? Proszę bardzo, oto wyjaśnienie. Pani Jolanta zdążyła zbudować swój wydawałoby się bardzo pozytywny wizerunek. Ukończyła prawo na Uniwersytecie Gdańskim, co już w pewnym sensie budzi pewien szacunek. Dała poznać się jako troskliwa żona. dbająca o męża i broniąca go jak lwica młode gdy tylko spływała na niego fala krytyki. Od dłuższego czasu można oglądać ją w telewizji, gdzie udziela porad na temat mody, dobrych manier, uchodząc za wzór elegancji, wykwintnego gustu i nienagannego stylu. Zaangażowana jest w prowadzenie fundacji dobroczynnej "Porozumienie bez barier", ale warto również napisać, że utworzyła Fundusz Pomocy Młodym Talentom, oraz uczestniczyła w spotkaniu komitetu doradczego ONZ powołanego ds. zapobiegania narkomanii. Każdy pamięta, że z tymi fundacjami wynikło trochę niejasności odnośnie pozyskiwania środków, ale przeciętny Polak wydaje się tym nie interesować i nie wnikać w to. Tak więc postać byłej Pierwszej Damy jawi się nam wręcz kryształowo, a ten brak doświadczenia na scenie politycznej pięknie kompensowany jest przez "szlachetność" opisywanej. Zresztą jak wiadomo mało kto patrzy na to doświadczenie przy wyborze swojego kandydata. Dodatkowo wszystko upiększane jest przez opinie polityków lewicy, że ta Jolanta Kwaśniewska chce trzymać się daleko od brudnej polskiej sceny politycznej i pragnie poświęcić się działalności na rzecz społeczeństwa- chyba lepszej reklamy być nie może. Dodatkowym argumentem przemawiającym za możliwością startu przez opisywaną jest to, że upadająca lewica miałaby kogoś kto mógłby ją znowu przywrócić do łask. Media już teraz podały, że obecny szef rządu nie miałby w tej sytuacji szans na wygraną w wyborach prezydenckich, a więc "Donaldu Tusku" drżyj, bo "kto mieczem wojuje, od miecza ginie", a pr w przypadku pani Joli jest naprawdę potężną bronią. Pisząc notkę wspierałem się dobrą ciocią wikipedią, aby bezbłędnie opisać postać Jolanty Kwaśniewskiejj.
piątek, 15 maja 2009
"Zrób kabaret, po prostu zrób kabaret"
Po dłuższej przerwie wracam znowu do pisania. Jak można się domyśleć z tytułu, dzisiejsza porcja przemyśleń dotyczyć będzie tej popularnej formy rozrywki. Nie należy ona do moich ulubionych, ale niemniej jednak chcąc nie chcąc, musiałem obejrzeć kilka skeczy na podstawie których wyrobiłem sobie opinię o tego typu formie sztuki. Bardzo często wystawiane są scenki, które parodiują polityków i nie widzę w tym nic złego, bo są to osoby publiczne i muszą się liczyć z krytyką, sczególnie dlatego, że to oni rządzą krajem i mają wpływ na obecną sytuację w Polsce. Nie możnaby się tu do niczego doczepić, poza tym, że wszystkie kabarety zaczynają być w tej materii zbyt monotonne. Ja rozumiem, że można nie lubić Pisu, Kaczyńskich, Kurskich, Giertychów i innych, ale ile można się z nich śmiać i to jeszcze w bardzo prymitywny sposób? Według mojej opini w dzisiejszych czasach najprostszy sposób żeby zrobić show to w miarę wyrafinowany sposób zażartować z wyżej wspomniaych braci, oraz byłej kolalicji rządzącej. Jeżeli dany zespół nie ma już kompletnie pomysłów, to dorzuci tam postać ojca Rydzyka. Zbulwesrowany byłem bardzo w momencie, kiedy oglądając jakąś "bitwę" kabaretów wygrali ludzie, którzy wręcz prostacko realizowali wspomniany przeze mnie scenariusz. Ich "rywalami" byli chłopaki z Łowców.b, którzy według mnie naprawdę robią świetne pokazy, które nawet mnie potrafią rozbawić (dotychczas żadnej innej ekipie się to nie udało). Widać, że bawią się na scenie razem z publiką i daje im to radość, ale widocznie jury mieli inne zdanie. Warto też zadać pytanie, dlaczego nikt nie chce poświęcić czasu obecnemu rządowi w swoich żartach? Przecież każdy popełnia błędy i jest to rzecz ludzka, a Tusk i reszta mają już na swoim koncie trochę "wpadek". Czy to jest temat tabu z którego żartów nie ma? A może po prostu komuś nie pasuje żartować w ten sposób? Rozbawiłem się wczoraj oglądając jakiś skecz na Tvnie, w którym "na warsztat" poszły przyszłe losy stolicy. Ani razu nie padło tam słowo prezydent, które zastąpiono "synonimicznym" sołtysem, byleby (w moim mniemaniu) nikt nie skojarzył tej farsy z obecną panią prezydent Warszawy i nie pomyslał, że to za jej kadencji takie cyrki odchodzą. Jedno co mnie cieszy, to fakt, że ludzi przestaje już śmieszyć taka szopka, co świadczy o tym, że Polacy jednak myślą. Żarty z Kaczyńskich nie wywołują już salw śmiechu na sali wbrew woli grających. Jeżeli kabaret posuwa się do czegoś takiego, dla mnie jest to równoznaczne z pójściem na łatwiznę. Jeśli porównać to do sytuacji np w muzyce, to podobne jest to zespołowi Feel, który chce grać łatwo, szybko i żeby z tego kasa była. Całe szczęście, że ten marny skład powoli kończy już swoją medialną żywotność, z czego zresztą sami zdają sobie sprawę i chcą wydoić jeszcze jak najwięcej pieniędzy. Taka sama przyszłość czeka i te kabarety, które nie zamierzają się wysilać i osiadają jedynie na mieliźnie tandety, bo nie wiem czy za kilkadziesiąt lat ktoś będzie pamiętał, że u władzy był ktoś taki jak Kaczyński, a tym bardziej jeszcze śmiał się z tego.
poniedziałek, 13 kwietnia 2009
Brać czy nie brać?
Tym razem na blogowy warsztat biorę temat związany z moją przyszłą pracą, a myślę, że dosyć ciekawy i warty dyskusji. Niedawno na naszym forum studenckim pojawił się wątek, czy lekarz powinien przyjmować jakiekolwiek podarunki od swoich pacjentów? Teoria brzmi, że słowne podziękowanie wystarczy, a wręcz zabronione jest honorowanie medyka w żaden sposób. Patrząc jednak na problem z psychologicznej strony, wydaje się oczywistym, że człowiek czuje ogromną wdzięczność, gdy zostanie mu poświęcony czas i zaangażowanie doktora, tym bardziej, że chodzi o sprawę nadrzędną, czyli ludzkie zdrowie. Jest rzeczą naturalną dziękować sobie za okazane dobro. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, gdy kolega pomoże nam w trudnej sytuacji, więc normalne, że chcemy mu podziękować wręczając jakiś skromny upominek. Często odmowa przyjęcia daru jest traktowana jako brak szacunku i budzi rozgoryczenie darującego. Tylko przenosząc sytuację na realia medycyny, nasuwa się pytanie, gdzie kończy się ta wdzięczność, a zaczyna próba zyskania jak największego zaangażowania ze strony doktora? Jak już napisałem wcześniej, lekarz z założenia nie może przyjmować czegokolwiek, ale w takim wypadku i księża również nie powinni niczego dostawać w podzięce za posługę od swych parafian, a przecież czyni się to w Wielki Czwartek (najczęściej kwiatami), kiedy to duchowni obchodzą dzień ustanowienia kapłaństwa i próżno tu doszukiwać się jakiegoś zła. Wydaje się, że jeżeli już ktoś chce podziękować, to winien zrobić to, kiedy proces leczenia jest już całkowicie zakończony. Jeżeli próba taka wystąpi podczas jego trwania, to jest już łapówka. Oczywiste jest, że lekarz swoim zachowaniem może dać do zrozumienia, że oczekuje zapłaty w ramach zwiększenia intensywności opieki, ale jest to patologia, jaka przydarza się w tym zawodzie, a w nią nie chcę się w tej chwili wgłębiać. W takim układzie jaki "prezent" przyjąć? Wiadomo, że żadne pieniądze nie wchodzą w grę. Najbardziej popularną formą wyrazu wdzięczności są kwiaty. Nie ma tu chyba niczego złego, jeżeli i lekarz dostanie kwiaty w ramach podzięki, ich odpowiednikiem w przypadku dzieci są laurki, którymi często są obdarowywani pediatrzy. Czasem ludzie przynoszą jajka, sery- jeżeli na przykład mają gospodarstwa rolne, pieką ciasto, dają bombonierkę. I tu już powoli zaczyna powstawać nowy problem, a mianowicie co z wartością prezentu? Wiadomo, że bombonierka bombonierce nie równa. Są takie za 10 zł i 200, a co w wypadku, gdy podarunkiem jest pióro za 500 zł, albo gdy dostajemy książkę, czy wspomniane kwiaty, a w środku znajduje się koperta z pokaźną sumką? Wydaje się, że tu wszystko zależy od charakteru lekarza, który musi rozpoznać, który prezent jest naparwde wyrazem czystej, ludzkiej wdzięczności, a który jest łapówką, bo są sytuacje, kiedy ludzie po prostu myślą, że trzeba dać coś więcej, mimo tego, że lekarz wcale nie miał złych zamiarów, nie dawał sygnałów wymuszających opłacenie swojego obowiązku i traktuje pacjenta tak jak powinien. W ten sposób kończę rozważania na pytanie postawione w temacie. Zapraszam do dyskusji, bo na pewno każdy ma na tę sprawę swój pogląd.
piątek, 10 kwietnia 2009
Kibic też człowiek
Do napisania tego tekstu skłonił mnie serial "Tancerze", który ostatnio (w niedzielę) przypadkiem obejrzałem w tv. Bladego pojęcia nie mam o co w nim chodzi, ale moją uwagę zwróciła jedna scena, a wyglądała ona mniej więcej tak: idzie chłopak z dużą torbą wieczorem przez miasto, wchodzi chyba do jakiejś bramy i tam oczywiście napada go dwóch osobników, biją go oraz odbierają torbę z całą zawartością. Niby normalne realia polskiej rzeczywistości, ale mnie najbardziej zirytowało to, w co byli ubrani napastnicy. Tak, tak, proszę się nie śmiać, ale gdy zobaczyłem, że odziani są w bluzy z napisem LEGIA, poczułem się zniesmaczony. Dokładnie w taki sam sposób poczułem się również, gdy oglądając jakiś film (nie pamiętam tytułu), pojawiło się ujęcie, jak grupa łysych chłopaków, oczywiście w szalikach LEGII zaczepia spokojną rodzinę. Aby spróbować się w to wczuć, proszę wyobrazić sobie dajmy na to amerykański film, w którym ktoś w koszulce z naszym godłem okrada samochód z radia i całej zawartości, po czym wypija na raz 0,5 litra wódki. Nie rozważam tego problemu z perspektywy kibica warszawskiej drużyny, ale ogólnie jako osoby związanej z piłką nożną. Otóż w tym wszystkim najbardziej nie podoba mi się to, w jaki sposób przedstawiani są kibice. W mediach dominuje wizerunek tępego, łysego bandyty, dla którego mecz nie ma żadnego znaczenia, byle tylko była możliwość rozwalenia komuś twarzy lub zdemolowania kolejnego przystanku. I tylko taki obraz można spotkać właśnie chociażby w serialach. Co jakiś czas w serwisach informacyjnych można usłyszeć o chuligańskich wybrykach. Przypomina mi się od razu sposób w jaki pewna niekomercyjna telewizja przedstawiła "zamieszki" przed derbowym spotkaniem w Warszawie. Według tamtego opisu, była to niemalże rewolucja w której niszczone było miasto, samochody i nie wiadomo jeszcze co. Oczywiśćie nic takiego nie miało miejsca, a jedyną znalezioną rzeczą, mającą świadczyć przeciw kibicom okazał się... widelec:). I jak tu ludzie mają spojrzeć normlanie na fanów piłkarskich? Zastanawia mnie fakt, dlaczego nagłaśniane są tylko te naganne zachowania? Dlaczego nikt nigdy nie powie o tym, jak orgaznizowane są zbiórki słodyczy, czy zabawek dla domów dziecka? Dlaczego nikt nigdy nie podkreśla przywiązania do tradycji i historii, które to cały czas są wręcz manifestowane? Poważani socjologowie nazywają kibiców "jedyną ostoją patriotyzmu". Jak ktoś nie wierzy, to zpraszam 1 sierpnia do Warszawy. A to jak legioniści stawili się jako grupa na mszy za Jana Pawła II akcentując dosyć wyraźnie swoją obecność? A to jak Papież z radością przyjmował fanów Wisły Kraków? Wtedy nagle media nabierają wody w usta. Nie wiem dlaczego. Jak tu jednak mówić o jakimkolwiek szacunku, jeżeli często już władze klubowe całkowicie ignorują fanów i tak jak w przypadku mojego ukochanego klubu nazywają najzagorzalszych "dilerami narkotykowymi", ćpunami, czy marginesem społecznym. Notabene, prezes stołecznej drużyny za te wypowiedzi został pozwany do sądu. Pisząc te słowa nie mam na celu usprawiedliwienia karygodnych czynów chuliganskich, których również byłem świadkiem. Pragnę tylko, by tak jak każda sytuacja, również i wszystko co związane z kibicami przedstawiane było OBIEKTYWNIE.
czwartek, 09 kwietnia 2009
Trochę o mediach:)
Do napisania tej notki skłonił mnie artykuł, który znalazłem w czeluściach internetu. Jest mi on bliski z tego powodu, iż dotyczy profesora odpowiedzialnego za nauczanie historii medycyny na mojej uczelni. Dla zainteresowanych podaję link, aby mogli się w niego wgłębić: http://miasta.gazeta.pl/lodz/1,35153,1388876.html Dla tych, którym jednak nie chce się marnować czasu na dodatkowe czytanie, powiem tylko, że opisuje on wykładowce, który rzekomo robi ogromne problemy na egzaminie ze swojego przedmiotu. Autor zarzuca, że ocena zależy od tego czy i ile książek autorstwa samego profesora przyniesie się na ustne zaliczenie. Ten fakt mają potwierdzać opinie studentów. Od razu zaznaczę, że artykuł ten pochodzi sprzed kilku lat, więc można w sumie rzec, że to musztarda po obiedzie, ale miałem tą przyjemność poznać człowieka o którym jest tam mowa, więc mimo wszystko chciałbym zabrać głos w tej sprawie, tym bardziej, że mam podstawy sądzić, iż forma i sposób przeprowadzania tego egzaminu na przestrzeni lat nie zmieniły się w żaden sposób. W trakcie nauki historii medycyny dały się słyszeć różne głosy na temat profesora. Jedni mówili, że to zagorzały nacjonalista, słuchacz Radia Maryja, bezkompromisowy i zgorzkniały prawicowiec. Inni natomiast twierdzili, że jest bardzo miły, wszechstronny, kulturalny. Po wspomnianym egzaminie (było to jak zwykle zaliczenie ustne), mogę już coś więcej powiedzieć na temat tego człowieka, dodam iż są to słowa jedynie pozytywne. Pan dał się nam poznać jako osoba życzliwie i przyjacielsko nastawiona do studentów. Każdego z nas przywitał na wejściu uściskiem dłoni i uśmiechem. Zostaliśmy zapytani skąd pochodzimy i jak się nam podoba studiowanie na tym kierunku. Cały egzamin przypominał raczej luźną rozmowę, aniżeli jakiekolwiek bezwzględne sprawdzenie wiadomości. Owszem, każdy z nas dostał po dwa pytania z przekrojowej wiedzy na temat rozwoju medycyny na przestrzeni wieków, ale nikomu nie sprawiły one problemu. Pan wydawał się być wręcz szczęsliwy z samego faktu podystkutowania z młodymi adeptami sztuki lekarskiej:). W tym momencie chciałbym odnieść się do przytoczonego przeze mnie artykułu, a mianowicie owych książek i oceny z nimi związanej. Profesor rzeczywiście pytał, czy czytaliśmy, ale chodziło tylko o jedną z nich ("Życie i śmierć w łagrach sowieckich", którą polecam, bo naprawdę jest bardzo ciekawie napisana i można się wiele dowiedzieć), a po drugie, nie miało to żadnego znaczenia w końcowym rozrachunku. Nie sprawdzano w żaden sposób znajomości ów lektury. Na koniec wszyscy dostaliśmy oceny bardzo dobre, a pan zapytał nas, czy może chcielibyśmy się czegoś od niego dowiedzieć. Wtedy zaczął opowiadać różne fakty z historii Polski i nie tylko. W żadnym wypadku nie manifestował ani nie mówił o swoich poglądach, przedstawiał jedynie suche fakty. Wspominał czas swojej nauki na akademii medycznej i wcale jak sam twierdzi, nie był to okres nazbyt wesoły ze względu na często karygodne zachowanie nauczycieli akademickich i pytał, czy w chwili obecenej też spotykamy się z przejawami braku szacunku do nas. Szczerze powiem, że jestem pod wrażeniem ogromu wiedzy tego człowieka, należy mu się przeogromny szacunek za skończenie dwóch kierunków studiów i to jeszcze jak odmiennych (medycyna i historia). Co lepsze w obu tych dziedzinach profesor rozwijał się i robi to dalej. Dodatkowo zamiast dawać książki do podpisu, których nikt z nas nie miał, wręczono nam pamiątki w postaci podręczników na temat rozwoju szpitalnictwa w Łodzi. Podsumowując napiszę, że jeszcze nikt na tej uczelni nie zrobił na mnie tak pozytywnego wrażenia. To zdanie podziela ze mną bardzo wielu kolegów. Pozostaje po tym wszystkim pytanie, jak wierzyć mediom? Jest to namacalny przykład, że nie zawsze są one obiektywne i starają się ukazać jedynie prawdę. Na pewno jeszcze wiele osób znalazłoby przykłady przeinaczenia przez gazety czy inne środki masowego przekazu różnych sytuacji. W tym wypadku boli to, że jest to atak na kogoś naprawdę wyjątkowego i cieszącego się autorytetem. Nie pozostaje nam nic innego jak rozważne przyswajanie rzeczywistości przedstawianej przez media oraz wybór prawdy, a nie informacji, która często jest wbijana przez kogoś w jej zamian. No i na koniec historyjka, którą opowiadam każdemy gdy tylko temat schodzi na ten egzamin. Już po całym zaliczeniu zapytałem pana, co myśli o książce "SB, a Lech Wałęsa (...)". Uzyskałem odpowiedź, że jest to bardzo dobra lektura, opierająca się na faktach, ale nie należy absolutnie negować i zapominać o dokonaniach wodza Solidarności- i taki powinien być prawdziwy historyk, zawsze dążący do prawdy, a nie oczerniajacy, czy przejaskrawiający fakty. No dobra, ale do rzeczy, bo znowu się rozpisałem:). Wychodząc z gabinetu wykładowcy, następna grupa próbowała dowiedzieć się od nas o co są pytania. Odchodząc od nich usłyszałem tylko w tle, że: "trzeba pytać o Wałęse, to się zdaje":)- z uśmiechem na twarzy powędorwałem do szatni. Studenci medycyny czasem jdnak bardzo mało rozumieją, ale o tym jeszcze napiszę kiedyś notkę:).
poniedziałek, 06 kwietnia 2009
Dzisiejszy "felieton" dotyczyć będzie sytuacji o której ostatnio było dosyć głośno, a chodzi oczywiście ni mniej ni więcej o kolejne starcie na linii Prezydent- Rząd. Wszyscy już zostaliśmy przyzwyczajeni do komicznych spektakli w których aktorami są postacie Premiera i Prezydenta. Tym razem poszło o niewykonanie zaleceń jakie miał dostać ten drugi podczas wyboru nowego szefa NATO. Przechodząc do meritum, muszę napisać, że w moim odczuciu, jest to kolejna zagrywka PRowska. Tak się zastanawiałem jaki jest cel owych wskazówek- według planu jaki miała ekipa rządząca, Lech Kaczyński powinien był za wszelką cenę opóźnić wybór sekretarza, co jak dobrze wiadomo nie udało się. I teraz nasuwa się pytanie: jaki jest sens odwlekania tego wyboru? Motywawano to tym, że już Turcja miała objekcje co do pana Rasmussena, więc nie bylibyśmy odosobnieni w tej sytuacji. Podobno takie opóźnienie miałoby posłużyć wynegocjowaniu przywilejów dla naszego kraju, chociażby w postaci otrzymania stanowisk w NATO. Szczerze mówiąc, wątpię aby taki "szantaż" się udał. Turcy przedstawili swoje argumenty przeciwko Rasmussenowi. Przypomnę, że były premier Danii "nagrabił" sobie u Turków, przytoczę chociażby opublikowanie karykatur Mahometa w jednej z duńskich gazet. Jakby wyglądało nasze weto bez żadnego konstruktywnego argumentu, a jeszcze tym bardziej zaproponowanie okupu w postaci wyżej wspomnianych korzyści? Czy to jest poważne? Podejrzewam, że gdyby Prezydent jednak postąpił według tego schematu, to sytuacja odwróciłaby się w drugą stronę i spotkałby się z krytyką, że zachowuje się idiotycznie wyłamując się w taki głupi sposób i tylko znowu ośmiesza nas przed całym światem. Tak źle i tak niedobrze. Moim zdaniem tym krokiem, Premier chce pokazać, że jednak jest stanowczy i nieustępliwy w walce o dobro kraju- ładnie brzmią słowa o negocjacji jak największych korzyści za cene głosu, ale tak na dobrą sprawę ile w tym prawdy? Ale jeżeli to prawda, w co jak nabardziej chciałbym wierzyć, to czemu Lech Kaczyński i Donald Tusk razem nie staną do walki o dobro Polski, tylko jeden wyręcza się drugim i potem wzajemnie zwalają na siebie winę? Jestem przekonany, że gdyby obydwoje wykazywali dobrą wolę, nigdy więcej nie słyszelibyśmy o tym podobnych szopkach. I jeszcze na koniec zostawię czytelników z pytaniem, które przyszło mi do głowy po ostatnim zdarzeniu z udziałem Michelle Obamy i królowej Elżbiety. Żona prezydenta złamała etykietę dotykając tej najważniejszej osoby w Anglii, ale dla samej królowej nie był to żaden nietakt, a wręcz tym bardziej życzliwiej potraktowała Pierwszą Damę USA, media oczyiwście zwróciły na to uwagę, ale obyło się bez "linczu" pani Michelle. Teraz zastanówmy się co by się stało w Polsce, gdyby podobnego uczynku dopuściła się pani Maria Kaczyńska:)?
|
Zakładki:
Blogi
|